Kierat 2013

W dniach 24-26 maja wystartowała z Limanowej jubileuszowa (dziesiąta) edycja Międzynarodowego Ekstremalnego Maratonu Pieszego Kierat 2013.

Jak co roku było to 100 km nieprzerwanego marszu w dzień i w noc po górach Beskidu Wyspowego i Gorcach. Limit czasowy to dalej 30 godzin natomiast zwiększył się trochę limit podejść i w tym roku wynosił 3600 metrów. Dodatkowo punkty kontrolne były w miejscach łatwiejszych do znalezienia niż ostatnio.

Ponieważ w zeszłym roku inne plany uniemożliwiły mi start w tym roku postanowiłem, że znów wezmę udział. Dołączyło do mnie jeszcze dwóch znajomych i razem wyruszyliśmy w trasę. W tym roku zawodników było 611 i ponad połowa dotarła do celu.

DSC05027

Pierwszy punkt był bardzo łatwy do zdobycia gdyż większość drogi można było obrać asfaltówką praktycznie nie wspomagając się mapą i kompasem. Przez pierwsze kilometry peleton szedł względnie równym tempem co robiło bardzo ciekawe wrażenie. Po zdobyciu pierwszego punktu szybko skierowaliśmy się na Masyw Łopienia gdzie przy domku myśliwskim miał znajdować się drugi punkt.

Tutaj pojawiły się pierwsze schody. Postanowiliśmy obrać trochę mniej popularną trasę ale krótszą niż większość zawodników. Po dłuższej wędrówce zacząłem się zastanawiać czy na pewno dobrze idziemy. Ponieważ od dłuższej chwili nie było oznaczeń szlaku, którym chcieliśmy iść krzyknąłem do wyżej wędrujących ludzi czy mają szlak. Okazało się, że nie, a na dodatek się zgubili. Dotarliśmy do nich i po krótkiej naradzie postanowiliśmy iść w górę gdyż istniało ryzyko, że ominiemy punkt. Po chwili między drzewami zobaczyłem kolejne grupy, które wyglądały na zagubione i nawoływałem ich aby się do nas przyłączyli. Po parunastu minutach okazało się, że zebrała się nas całkiem pokaźna grupa. Jedna z osób próbowała odnaleźć drogę za pomocą posiadanego GPS-a. Ponieważ wydawało się, że wie co robi powiedziałem aby prowadziła, a reszta ludzi żeby trzyma się blisko bo w między czasie nie dość, że się ściemniło to jeszcze pojawiła się gęsta mgła znacznie utrudniająca widoczność. Po parunastu minutach doszliśmy do innej ścieżki, która na GPS-ie wydawała się tą właściwą. Po następnych paru minutach wędrówki zaczęło mi coś nie pasować. Wyjąłem więc mapę i doszedłem do wniosku, że idziemy w złym kierunku. Zatrzymałem więc resztę grupy i wyłożyłem im moją wersję trasy. Po chwili przemyśleń wszyscy się ze mną zgodzili i podreptali za mną nową trasą. Okazało się, że za pomocą mapy i kompasu udało mi się lepiej wyznaczyć naszą pozycję i wymagany kierunek marszu niż pokazywał to GPS. Po jakiś 20-30 minutach dotarliśmy do drugiego punktu.

DSC05035

Szybkie podbicie kart i po rozmowie z GOPRowcami obecnymi na punkcie wyruszamy dalej. Ponieważ trzeci punkt był łatwy do znalezienia nasza grupa szybko podzieliła się na mniejsze, które straciły ze sobą kontakt w gęstej mgle. Na trzecim punkcie był przewidziany wodopój więc wiele osób dopełniało swoje podręczne zapasy wody. Niektórzy również podręczne zapasy piwa pobliskim otwartym jeszcze sklepie.

DSC05036

Czwartym punktem była kapliczka na Ćwilinie. Samo podejście okazało się wyjątkowo długie i strome i dla wielu osób bardzo ciężkie. Również moi dwaj kompani bardzo odczuli to podejście i jeden został mocno z tyłu, a drugi przeżywał kryzys przemęczenia. Zwolniłem więc tempo aby w razie czego kontrolować sytuację. Na szczycie skontaktowałem się z zagubionych kolegą, który powoli ale ciągle do przodu parł na Ćwilin. Po chwili odpoczynku wyruszyliśmy więc dalej. U znajomego pojawiły się problemy żołądkowe i musieliśmy bardzo zwolnić tempa. Próbowałem motywować go iż na następnym punkcie będzie mógł zejść ale jego stan był poważny. Zdecydowałem o częstszych i dłuższych postojach. O pozostawieniu znajomego w takim stanie nie myślałem gdyż gdyby stracił przytomność mógłby nikt go nie znaleźć w środku lasu.

DSC05037

Po dłuższej wędrówce drugi znajomy z innymi wędrującymi nas dogonił. Zrobiliśmy przerwę po której zmęczony kolega nie chciał już iść dalej. Chyba nawet usnął na moment kiedy my debatowaliśmy nad dalszymi planami. Doszliśmy do porozumienia, że dojdziemy na następny punkt gdzie ich zostawię aby dotarli do domu, a sam pójdę dalej. Mieliśmy bardzo duży zapas czasu więc miałem nadzieje, że do piątego punktu dojdziemy też z jakimś zapasem. Na trasie okazało się, że znajomi coraz częściej i coraz bardziej zostają w tyle co powodowało, że musieliśmy zmniejszyć jeszcze tempo. Nasz zapas czasu szybko topniał. W momencie w którym wyszliśmy już z lasu na Mszanę zwiększyłem tempo gdyż istniało ryzyko, że nie zmieścimy się w czasie. Ostatecznie ostatni kilometr nawet podbiegłem ku przerażeniu znajomych. Byliśmy już jednak praktycznie w mieście i jedyne co im groziło to to, że nie zdążą na punkt. Na miejscu podbiłem kartę i czekałem na resztę. Im także udało się dotrzeć. podbić kartę po czym padli koło mnie na trawę.

Zdecydowałem, że w takiej sytuacji kończymy tą edycję maratonu. Sama impreza jak zwykle wyszła bardzo fajnie i bardzo dobrze była zorganizowana i zabezpieczona. Myślę, że jeszcze w niej wystartuje, w końcu do pokonania jest dalej całe 100 kilometrów.

Cała galeria znajduje się tutaj.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *